Grudniowe wyzwanie i krata w akcji

07 grudnia 2017

Ale ten czas zasuwa! Nim się obejrzałam, a jest już grudzień i to w całkiem zaawansowanym stadium. Nie chcąc całkowicie zatracić się w czasoprzestrzeni, jak co roku podjęłam się wyzwania na instagramie #modnakomodaxmas by umilić sobie ten okres przygotowań do świąt i wyciągnąć z tego miesiąca jak najwięcej. Zabawa ma już swoją trzecią edycję, więc chętnych nie brakuje. To chyba jedna z tych rzeczy, za którą lubię święta. No i za to że jest nas coraz więcej i tworzymy tak inspirującą, pozytywną galerię. Moje poczynania zobaczycie tutaj (oraz mały skrawek tutaj), ale zachęcam do przeglądania wszystkich fotek i przyłączenia się do wspólnej fety. Dodatkowo, żeby wczuć się jeszcze mocniej wyciągnęłam wszystkie moje kraciaste szaliki. Nie ma lepszej pory na ich noszenie! Oczywiście nie zabrakło ich również na zdjęciach podczas wyzwania, ale kto śledzi mnie dłużej wie, że od kilku lat, niezmiennie kraciaste koce są moim wsparciem podczas zimy w mieście. W tym roku szczególnie umiłowałam sobie czerwony, w zeszłym roku królował kobalt, czasami wjeżdża uniwersalny beż. I choć do pełni szczęścia brakuje mi jakiegoś szaraka, to śmiało mogę przyznać, że z taką asekuracją przetrwam nadchodzące mrozy, a przynajmniej taki jest plan!

marynarka / blazer - tutaj / here     dżinsy / jeans - h&m     botki / boots - vagabond





Kożuch i wełniany sweter w zestawie na co dzień

28 listopada 2017
modne jeansy i wełniany sweter z ciucholandu

Jak zwykle jestem spóźniona...pomyślałam, biegnąc na spotkanie. A spotkanie ważne bo z osobą, z którą nie widziałam się od kilku lat! Wszystko przez moje niezdecydowanie i odwieczny dylemat "co na siebie założyć". Wojna toczyła się pomiędzy kożuszkiem, a marynarką. Po zdjęciach widać na co ostatecznie się zdecydowałam i gdy sobie dziś przypomnę jak zimny to był dzień, to pukam się w głowę i żałuję, że nie zaopatrzyłam się jeszcze w rękawiczki. Moda modą, ale pogoda rządzi się swoimi prawami, a i mnie czasami bierze za fraki zdrowy rozsądek i potrząsa tak długo, aż dotrze, że może nie watro odmrażać sobie kończyn. Na marynarę przyjdzie jeszcze czas, a najważniejsze, że spóźniłam się tylko odrobinkę i zostałam nagrodzona porcją udanych kadrów.
Czasami wydaje mi się, że czas bardzo dużo zmienia, a widok dawno niewidzianej twarzy, może okazać się spotkaniem z kimś zupełnie nowym i nieznanym. Tymczasem do mnie wróciły same ciepłe wspomnienia, poczułam jakby dla nas czas się zatrzymał, a my wciąż jesteśmy takie same jak za szkolnych czasów. Co więcej, to było mocno inspirujące i dało mi motywacje by odezwać się do kolejnych osób, z którymi kontakt, urwał się, w którymś momencie życia. Czy żałuję? Absolutnie nie! 

kurtka / jacket - tutaj / here     dżinsy / jeans - h&m     botki / boots - vagabond     sweter / sweater - sh (dużo fajnych swetrów znajdziecie tutaj / Zaful Sweaters Autumn 2017 Promotion)

kurtka pilotka

stylizacja z modną kurtką

stylizacja z kożuchem

kożuszek zaful
fot. M. Drabek

Ulubieńcy kosmetyczni - pielęgnacja włosów, twarzy i ciała

23 listopada 2017

Pod koniec sierpnia pisałam o moich ulubionych produktach do włosów, od tamtej pory w tej materii zmieniło się niewiele. Zaszła jedna, główna zmiana - długość moich włosów. Dwa lata temu kiedy zdecydowałam się na ostre cięcie myślałam, że w moim przypadku krócej się nie da. W październiku okazało się, że jednak wciąż wszystko przede mną i tak na mojej głowie pojawiła się delikatnie asymetryczna fryzura sięgająca nieco poza ucho. Wtedy zaczęły się eksperymenty, testowanie szczotek, pianek by tylko znaleźć odpowiednią metodę układania tej czupryny. To dzięki tym wszystkim próbom zaprzyjaźniłam się z kilkoma nowymi/starymi kosmetykami, które stawiają moje kosmyki do pionu lub wręcz przeciwnie pomagają utrzymać na wodzy te szalone włosy :). W między czasie poznałam jeszcze kilka wspaniałości i postanowiłam podzielić się z Wami jednym małym gadżetem, który towarzyszy mi od dobrych kilku lat.


Magiczną moc olejków poznałam dzięki Joy Boxowi, o tutaj znajdziecie moje pierwsze spostrzeżenia. Wcześniej myślałam, że jest to pozycja, którą warto mieć. Obecnie nie wyobrażam sobie stylizacji bez jego użycia. Eliksir sprawia, że włosy się nie puszą, są wygładzone, a fryzura utrwalona. Olejku używam tuż po prostowaniu. Zmieniłam dawkowanie, jedna kropelka zdecydowanie wystarcza na moją obecną długość, większa ilość sprawdzi się dla długowłosych. O czym warto wspomnieć, mam rozjaśniane włosy więc wymagają naprawdę dużo troski. Ten olejek w połączeniu z moimi ulubionymi odżywkami i maskami oraz regularnym podcinaniem końców, spełnia moje marzenie o pięknych włosach.

A pozostając w temacie olejków, nie sposób nie wspomnieć o serum Mincer Pharma. Chyba już większość z nas słyszała o drogocennych właściwościach witaminy C. Że wspomaga produkcję kolagenu, że wzmacnia naczynka krwionośne, wygładza i wyrównuje koloryt. Same zalety! Chciałoby się rzec, że dzięki witaminie w składzie, serum Mincer to ideał. Nie będę ściemniać, jest bardzo dobre. Przy regularności w stosowaniu, faktycznie skóra staje się gładka i sprężysta, chociaż moje pękające naczynka nie zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Są jednak inne plusy, np. lekka, niezapychająca porów i nie podrażniająca twarzy formuła. Minusem mogłoby być to, że Mincer nie należy do najtańszych. Można go jednak ustrzelić w promocyjnych cenach. Jest warty każdej wydanej złotówki, a przy tym zachwyca wydajnością.


A tutaj kolejny współwinowajca wpływający na moje zadowolenie. Nakładam na wilgotne włosy i czuję gładkość! To niepozorne mleczko z Bazyliowej serii, świetnie działa na moje figlarne kołtuny. Podobno ma zapobiegać wypadaniu włosów, osobiście tego nie potwierdzę, ponieważ nie stosuję go na skórę głowy. Tak naprawdę, kupiłam je z ciekawości, na jednej z rossmanowskich promocji. Nie czytałam, żadnych opinii, nigdy wcześniej nie widziałam w drogerii. Zielona buteleczka po prostu wzbudziła moje zaufanie. I całe szczęście, bo wręcz uwielbiam subtelny zapach i miękkość jaką zapewnia. Nie lubię pisać w samych superlatywach, bo gdzieś musi tkwić jakiś haczyk. Cóż dla mnie to atomizer, który czasem się przycina i potrzeba sporo energii by zaskoczył na nowo. A z drugiej strony rozpylacz to wielki plus, bo poprawia wydajność. Taka trochę ironia losu.

Gąbeczkę Nanshy polecam przy każdej możliwej okazji. To już moja kolejna sztuka, więc jak się domyślacie zapuściła korzenie w kosmetyczce. Marvel bo tak się nazywa, to bardzo precyzyjny gadżet do nakładania podkładu, a nawet konturowania. Dla niej nawet porzuciłam ulubiony pędzel (swoją drogą również z Nanshy). Gąbka jest niewielkich gabarytów, dopiero po zmoczeniu nabiera swoich prawdziwych kształtów, a po wyschnięciu wraca do zgrabnej formy. Ścięty czubek pozwala na idealne nałożenie korektora pod oczy i dotarcie do wszelkich zakamarków. Po jej użyciu makijaż zdecydowanie lepiej się utrzymuje. Jeśli miałabym podrównać z pędzlem - to niebo a ziemia. Jedynym minusem jest brudzenie. Nawet po kąpieli, często zostają plamy, które ciężko usunąć.

Na koniec zostawiłam coś dla ciała i ducha :D. Zacznę może od maseczki, bo to obecnie mój ulubieniec do zadań specjalnych. Opakowanie wystarcza na 3 razy, jest to dla mnie zadowalająca ilość jak na tak niewielkie gabaryty. Maskę nakładam zazwyczaj gdy skóra wygląda na zmęczoną, pojawiają się jakieś wypryski lub po prostu gdy chcę sobie zafundować zabieg oczyszczający. Co jest w niej takiego fajnego, że trafiła aż do ulubieńców? Formuła! Aktywny węgiel i drobinki peelingujące delikatnie oczyszczają twarz, a skóra po zmyciu maski jest miękka i nawilżona. Na drugi dzień twarz zdecydowanie lepiej wygląda, drobne niedoskonałości są zmniejszone i mniej widoczne. Konsystencja również zasługuje na uwagę. Przede wszystkim jest gęsta, przez to lepiej się rozprowadza i kosmetyk jest wydajniejszy. Zawsze mam przynajmniej jedną saszetkę zachomikowaną na czarną godzinę :)

Peeling do ciała z Iwoniczanki, dostałam w prezencie od taty. Dla niego był to całkiem przypadkowy produkt. Dla mnie znakomity kosmetyk, na ten moment nie do zastąpienia. Całkiem spora pojemność, bo aż 280 g, skrywa świetny zdzierak na bazie leczniczej soli iwonickiej, oleju słonecznikowego i wosku pszczelego. Swoją drogą pięknie pachnie, miód  wyczuwam na kilometr :). Jest to kosmetyk skoncentrowany, duża dawka soli (zamiast drobnych kuleczek, które spotykamy w drogeryjnych produktach) zatopiona w oleistej, kruszącej formule. Ta mieszanka po nałożeniu na skórę i masażu sprawia, że ciało jest gładkie i natłuszczone. Nie każdemu będzie to odpowiadać, ja natomiast uważam to za dobry pretekst by nie musieć sięgać po balsam nawilżający. Skład jest krótki, względnie naturalny. Minus? Słaba dostępność, ale w internecie można wszystko wyszukać :)

Ależ dziś oleiście! :). Mimo to nie mogłam się powstrzymać by do listy nie dodać olejku w balsamie od Nivea. Co do samego balsamu, dawno nie miałam do czynienia z kosmetykiem o  tak pięknym zapachu. Moja wersja to kwiat wiśni i olejek jojoba, zdaje się, że to najlepszy wariant z całej kolekcji, a przynajmniej tak podpowiada mi mój nos. Czego oczekuję od balsamu do ciała? Głównie silnego nawilżenia, lekkiej, nielepiącej konsystencji i szybkiego wchłaniania. Czyli niczego nadzwyczajnego, a jednak nie wszystkie produkty są w stanie sprostać tak podstawowym funkcjom. Czy Nivea spełniła pokładane w niej nadzieje? I tak i nie! Przede wszystkim nie mam wątpliwości co do wchłaniania, moja skóra mam wrażenie pije balsam w ekspresowym tempie, zostawiając tylko kwiatową woń na skórze. Przyjemnie nawilża, ale chciałabym, żeby robił to jeszcze mocniej. Nie zmienia to jednak faktu, że jestem nim szczerze oczarowana.

Dajcie znać ile z Was miało do czynienia, z produktami ze spisu i jakie są Wasze odczucia. Ja swoje wnioski wyciągnęłam na podstawie miesięcy, a nawet lat spędzonych na testowaniu, a wiecie, że po takim czasie albo się coś kocha albo nienawidzi :).