Motocyklem przez Europę - Koszyce, Debreczyn, Belgrad

07 sierpnia 2017

Niedawno wróciliśmy z naszego wyczekanego urlopu, który był tak aktywny, że dopiero teraz mamy okazję na chwilę biernego odpoczynku. Jedni lubią leżeć i delektować się słońcem, my jesteśmy ich przeciwieństwem i chcemy spróbować wszystkiego, nawet jeśli czas średnio na to pozwala. Dzięki temu odrywam się od rutyny i czuję, że żyję, nawet jeśli kolejnego dnia muszę zapłacić za to zmęczeniem zaraz po przebudzeniu. Wszystko to brzmi mocno optymistycznie (może poza zmęczeniem), ale niech Was nie zmyli. Bo już na samym początku naszej podróży miałam wiele wątpliwości, czy to nie za dużo, za szybko. Gdybyśmy postawili na samochód czy samolot, pewnie bym się nawet nie zająknęła. Z motocyklem jednak jest nieco inaczej, przez głowę przechodzi wiele myśli, szczególnie pasażerowi takiemu jak ja :D. Punktem docelowym naszej wycieczki była Czarnogóra, która na mapie nie wydawała się tak odległa jak okazała się w rzeczywistości. Oczywiście dotarliśmy do niej, ale nie obyło się bez przygód, błota, burzy i stada os.
Jeśli śledziliście moje wakacyjne posty w zeszłym roku, wiecie, że to nie pierwsza nasza wyprawa. Zachęcona powodzeniem ostatniego wyjazdu namówiłam Jarka na kolejny, który zaczęliśmy od Koszyc. Słowacja ma to do siebie, że za każdym razem, niezależnie od miasta, w którym się znajdujemy zachwyca mnie swoją architekturą, jak i samym klimatem. Trafiliśmy akurat na zlot motocyklowy. Cała horda maszyn przejeżdżająca uliczkami miasta, wyglądała naprawdę imponująco.





Koszyce nie były jednak naszym przystankiem na tę noc. Dlatego jeszcze tego samego popołudnia ruszyliśmy w stronę Węgier do Debreczyna. Pokój znaleźliśmy na bookingu i w zasadzie przetarliśmy sobie szlak, bo pierwszy raz korzystaliśmy z jego usług. Gospodarze okazali się przemiłymi ludźmi i gdyby tylko nie brakowało w naszej kwaterze klimatyzacji (a było strasznie gorąco), chętnie bym tam wróciła. Sam Debreczyn nie zachwycił nas tak mocno jak Budapeszt, który odwiedziliśmy poprzedniego roku. W planach mieliśmy odwiedzić zoo, niestety było już zbyt późno, więc skupiliśmy się na zwiedzaniu miasta. Z samego rana ruszyliśmy dalej, w stronę Belgradu. To miejsce, którego byłam bardzo ciekawa. Domyślam się, że nie tylko ja bo na samej granicy węgiersko-serbskiej czekały nas kilometrowe kolejki, które jakimś cudem przetrwaliśmy!
Mieszkanie tym jak i każdym kolejnym razem zarezerwowaliśmy przez Airbnb (skorzystajcie z mojego linku polecającego KLIK, a otrzymacie środki na podróże w wysokości 100 zł). Usytuowane było idealnie w centrum miasta, więc tak naprawdę nic nie mogło nas ominąć.




Mieliśmy okazję zobaczyć Kalemegdan oraz piękną panoramę roztaczającą się na ujście Sawy do Dunaju. Spacerowaliśmy ulicą Skadarlija. Widzieliśmy zarówno ładną jak i tę normalną, nieco przykurzoną stronę miasta. Spróbowaliśmy Pljeskavicy i świetnego mrożonego jogurtu w boxie. Szczerze, bardzo polubiłam Belgrad i ogólnie Serbię. To było całkiem nowe miejsce, nowi ludzie, zupełnie inne zwyczaje, doświadczenie, które chciałabym powtórzyć. Na szczęście nasza serbska przygoda jeszcze się nie kończyła, a na horyzoncie malowała się kolejna, której finału nie znaliśmy do samego końca. Gdzie nas poniosło? Co działo się po drodze? Jak ratowałam nowy aparat przed destrukcją...o tym już niebawem! ;)





3 komentarze